Pomysł na biznes: Firma sprzątająca
Ewa Furtak: Skąd pomysł na taką firmę!?
Dariusz Paliwoda: Tylko niech sobie nikt nie pomyśli, że jesteśmy jakimiś dziwakami sypiającymi w trumnach. Jesteśmy zupełnie zwykłymi ludźmi. Firmy jak nasza są bardzo popularne w Stanach Zjednoczonych i na Zachodzie. W Polsce taka działalność dopiero raczkuje.
Justyna Paliwoda: Zawsze chciałam być nauczycielką. Gdy byłam dzieckiem, bawiłam się w szkołę i wystawiałam oceny fikcyjnym uczniom. Gdy Darek założył firmę, powiedziałam mu, że ja po zmarłych sprzątać nie będę. Ale pojechałam z nim na pierwsze zlecenie. Czujesz? Już czuć ten specyficzny zapach, mówił mąż, gdy wchodziliśmy do budynku. Ale ja nic nie czułam. Nie jestem wrażliwa na zapachy. Okazało się, że daję radę.
Zawsze mi się wydawało, że jak już zabiorą ciało, wystarczy wytrzeć krew, umyć podłogi środkiem dezynfekującym…
Justyna: Nie wystarczy. Niedawno zaprosili nas ludzie, którzy wynajęli mieszkanie. Gdy kobieta zaczęła myć płytki w łazience, na szmacie zostały skrzepy krwi. Były gdzieś w fugach. Dopiero od sąsiadów dowiedzieli się, że w tym mieszkaniu ktoś się zabił.
Dariusz: Nawet szmaty, którymi wyciera się plamy krwi, powinny zostać poddane utylizacji. W końcu człowiek, który umarł, mógł chorować na żółtaczkę, gruźlicę czy inne zakaźne choroby. Ale ludzi nie wolno też straszyć. Nie można np. oferować usunięcia z powietrza „niebezpiecznych alergenów”, bo niby jakie to alergeny zostają po zmarłym? A widziałem taką ofertę. Jeśli ktoś umiera w domu i jest szybko zabierany przez zakład pogrzebowy, niczego nie trzeba dezynfekować.
Większość ludzi ma jednak ogromny opór przed przebywaniem w mieszkaniu, w którym ktoś zmarł.
Justyna: To prawda, często jesteśmy proszeni, żeby zabrać z takiego mieszkania wszystkie rzeczy. Klienci skarżą się też czasem, że mimo sprzątania i dezynfekcji wciąż czują zapach rozkładającego się ciała. Trudno walczyć z autosugestią. Zdarzyło się, że ludzie sami posprzątali mieszkanie. Po kilku miesiącach zadzwonili do nas, mówiąc, że jednak im śmierdzi. Pojechaliśmy na miejsce, okazało się, że nic nie śmierdzi. Ale gospodyni nie udało się przekonać, kazała nam ponownie dezynfekować. Gdzieś to po prostu tkwiło w jej głowie.
No właśnie, zapach. Musi być okropny…
Dariusz: Substancje, które powstają w rozkładających się tkankach, np. putrescyna i kadaweryna, po prostu mają nieprzyjemny zapach. Gdy ciało zdąży się rozłożyć, musimy jeszcze sobie poradzić z muchami i ich larwami.
Smród to sygnał, że coś się stało.
Dariusz: Kiedyś sprzątaliśmy mieszkanie, w którym przez kilka dni leżała zmarła kobieta. Miała otwarte drzwi na balkon, sąsiedzi w mieszkaniu obok musieli czuć potworny smród. Aż trudno też uwierzyć, że nikt nie zwrócił na to uwagi ani na grający przez cały czas telewizor. Sąsiadki dziwiły się, że umarła. Mówiły, że była bardzo aktywna i energiczna.
Dariusz: Czasy się zmieniły. Kiedyś po pracy wszyscy spotykali się na ławkach pod blokiem, chodziło się do sąsiadów na kawę. Dzisiaj ludzie nie mają na to czasu, nikt się nie zna.
Trudno się dziwić, że nikt nie wie, gdy człowiek w mieszkaniu obok umarł.
Justyna: Dla wielu osób to dziwna sytuacja, ale dzisiaj ludzie są zabiegani, pracują od rana do wieczora albo mieszkają bardzo daleko od swoich krewnych. Nauczyłam się unikać ocen, bo życie niesie niespodzianki. Na przykład upośledzony umysłowo syn mieszkał z matką. Umarła, a on nie zdawał sobie sprawy, że ona nie żyje.
Dariusz: Wracając do zapachu, to właśnie on alarmuje, że z sąsiadem czy sąsiadką stało się coś złego. Dzisiaj, gdy wszyscy mamy szczelne plastikowe okna i drzwi, zapach alarmuje coraz później. Zresztą, gdy w mieszkaniu leży rozkładające się ciało, pod żadnym pozorem nie wolno otwierać okna! Zapach rozniesie się po całym bloku czy kamienicy. Najpierw trzeba zapach usunąć z mieszkania, dopiero potem można je wietrzyć.
Sąsiedzi próbują się jakoś tłumaczyć, czują się winni, że nie zauważyli tej śmierci?
Justyna: Sąsiedzi!? Absolutnie nie czują winy, wręcz przeciwnie, krzyczą na nas, że ciało tak długo leży i śmierdzi. Ostatnio musieliśmy nawet wezwać policję. Sprzątałam mieszkanie po zmarłym, gdy przyszedł sąsiad. Pijany, bełkotał, że szukam pieniędzy, które zostawił zmarły. Dramat! Człowiek umarł, a on myśli o pieniądzach, które mógł zostawić. I tak to niestety jest.
Dariusz: Potem pojawia się zdziwienie, że taka firma jak nasza w ogóle istnieje. Gdy wyrzucą frustracje, są zadowoleni, że problem zostanie profesjonalnie rozwiązany. Bo ludzie jednak boją się takich sytuacji…
Justyna: …ale równocześnie wielu z nich nie ma np. oporów przed zabraniem rzeczy wyniesionych z takiego mieszkania. Z reguły szybko znikają z zamówionego przez nas kontenera. Zwłaszcza jeśli to są porządne przedmioty, niezniszczone.
Od czego zaczynacie sprzątanie?
Dariusz: Z reguły od łazienki. Zaczynamy sprzątać, a potem niszczymy wszystko, co miało kontakt z krwią czy płynami pochodzącymi z rozkładu tkanek. Jest tego zwykle ogromna ilość.
Środki dostępne w supermarketach pewnie nie wystarczą?
Dariusz: Gdy jedziemy do pracy, pakujemy dosłownie pół busa. Klienci się dziwią, bo myślą, że wiadro i mop wystarczą. Nie zdradzę, jakich środków używamy, to nasza tajemnica. Na pewno nie jest to chemia z supermarketu. Zwykły wybielacz może na chwilę zatuszować zapach, ale go nie usunie. Korzystamy też ze specjalnego urządzenia.
Na swojej stronie internetowej podkreślacie, że sprzątacie z szacunkiem dla zmarłego, czyli jak?
Justyna: Nie wyobrażam sobie, żeby przy takiej pracy śmiać się, żartować lub głupio dyskutować. Zawsze się modlę za osobę, która straciła w tym miejscu życie.
Jest zlecenie, którego nie podjęlibyście się?
Dariusz: Nie, przyjmujemy każde zlecenie.
Wiecie, co się dzieje z posprzątanymi przez was mieszkaniami?
Dariusz: Najczęściej są sprzedawane. Ludzie, którzy je kupują, dopiero potem dowiadują się od sąsiadów, co w nich zaszło. Ale nie ma się czego bać, sam nie miałbym najmniejszych oporów przed zamieszkaniem w posprzątanym przez nas mieszkaniu.
Na takiej usłudze można zarobić?
Dariusz: Taki jest świat, że bez pieniędzy nie można się obejść. Naszym priorytetem jest jednak pomoc rodzinie, która została sama z problemem.
Justyna: Dlatego nie mamy cennika, zawsze ustalamy stawkę indywidualnie. Dojeżdżamy w każde miejsce Polski, bez dodatkowej opłaty. Można się z nami umówić na płatność w ratach.
Dariusz: Działamy jak pogotowie. Jesteśmy gotowi do wyjazdu o każdej porze dnia i nocy.
Zdarza wam się wyłączyć telefon i zapomnieć o pracy?
Justyna: Wyłączamy telefony tylko w niedzielę przed południem, kiedy idziemy do kościoła.

