Pomysł na biznes: Biznes oparty na sarmackiej tradycji
Dwór, karczma, pięć czworaków, średniowieczny zamek, aleja dębów, żubry, największy jarmark staroci w Polsce. Andrzej Żamojda od 12 lat zarządza Ostoyą Żubra i Tradycji Szlacheckiej w Kiermusach pod Białymstokiem. I wciąż myśli, co by tu jeszcze zbudować.
Dworek nad Łąkami
Wspomina: – Andrzejki 1998 r. spędziliśmy z przyjaciółmi w dworku znajomego botanika w Kiermusach. Prowadził tam pensjonat. Urządził go w stylu skandynawskim, surowo, biało. Pożalił mi się wtedy, że mu interes nie idzie i będzie musiał się go pozbyć. Kilka dni później dworek i trzy tysiące metrów wokół były już moje. Było to warte wtedy może tyle, ile trzy domki jednorodzinne na obrzeżach Białegostoku.
Dwór był stary, przedwojenny, przeniesiony tu z innego miejsca. Andrzej Żamojda postanowił z żoną Wiesławą, że przywrócą mu dawny, szlachecki charakter. Od dawna zbierali stare meble, obrazy, pamiątki – teraz wykorzystali je do urządzenia wnętrz. Na ścianach zawisły stuletnie fotografie, “święte obrazy”, stara broń. Goście spali w oryginalnych łóżkach, czytali przy świetle starych lamp.
Na początku Żamojdowie mogli przyjąć 19 gości w 11 pokojach.
Andrzej Żamojda wspomina: – Kuchnia i restauracja były w dworze, małe zaplecze. Postanowiliśmy więc, że zamiast 30 dań w karcie, będą trzy – codziennie inne, plus dwie zupy i zakąski. Przyjęliśmy za to, że porcje będą duże. Tak zostało do dziś.
Dworek nad Łąkami przyjął pierwszych gości na początku maja 1999 roku.
Granica ze szlabanem
Ma 54 lata, urodził się i wychował w Białymstoku. Od początku wiedział, że nie będzie nigdy niczyim pracownikiem.
Nie zliczy już interesów, które prowadził.
Handlował więc z byłym ZSRR, miał kilkanaście odzieżowych sklepów w mieście, potem otworzył sklepy jubilerskie. Prowadził włoską restaurację, w połowie lat 90. kupił ze wspólnikami hotel Cristal w centrum Białegostoku. Wyremontowali go, a w 1997 r. Żamojda zdecydował się opuścić spółkę. Zabrał swoje udziały i rok później kupił dwór w Kiermusach.
Wprawdzie ukończył technikum elektryczne, ale na prądzie się nie zna. Mówi, że jest domowym historykiem. Lubi znać przeszłość przedmiotów, które kupuje, stara się tworzyć kolejne miejsca w Kiermusach zgodnie z prawdą historyczną.
Jest twardym biznesmenem, ale ma wschodnią duszę. Pracownicy wołają: “Mości książę najeżdża!”, kiedy zamaszyście wkracza do karczmy. On woli nazywać siebie żartobliwie “dziedzicem”.
Jego żona żartuje, że ma historyczne ADHD.
Gdy odkrył, że przez wieś biegła granica między Rosją a Królestwem Polskim z 1832 roku – zrekonstruował jej fragment, postawił szlaban.
Kiedy, w 2004 roku postanowił zbudować kasztel graniczny – odtworzył w mniejszej skali średniowieczny zamek w Ciechanowie, z salą biesiadną, pokojami i kaplicą utrzymanymi w stylu z epoki (goście podczas biesiad jedzą rękami, jak w średniowieczu, choć dla opornych przygotowano sztućce).
Zna na pamięć historię pobliskiego Tykocina, niebezpiecznego traktu niecieckiego, który biegnie przez Kiermusy. Znalazł informację, że stała tu dawniej karczma, która przyjmowała gości.
Gdy znalazł niedaleko dworu ślady pieca chlebowego, uznał, że karczma mogła stać w tym miejscu. Zdecydował się ją odbudować.
Mówi: – Najpierw bardzo dużo czytałem o podlaskich karczmach, szperałem w książkach. Chciałem, żeby to miejsce oddawało ducha czasów sarmackich. Zresztą, musiałem coś dobudować, bo dworek stawał się popularny i zaczynało brakować miejsca dla gości.
Stworzył więc w karczmie osiem pokoi na górze, a na dole restaurację ze 120 miejscami (w ubiegłym roku karczma została rozbudowana do 200 miejsc). Nazwał ją Rzym.
Wiesława Żamojda mówi, że jeśli jej mąż budzi się rano z pomysłem, to musi go natychmiast zrealizować (tak było z budową kasztelu czy rozbudową karczmy).
Dwa lata temu namówił przyjaciół, żeby na terenie Kiermus zbudowali pensjonat. Stanica Rzeczna “Łabędzie” (nawiązująca tradycją do miejsc, gdzie zatrzymywali się ludzie spławiający Narwią drewno do Gdańska) już przyjmuje gości i ma pełne obłożenie. (Dzięki budowie stanicy Ostoya może przyjąć już 120 gości).
Teraz wymyślił, że stworzy firmę budowlaną Dąbud-Kiermusy, która będzie stawiała zrekonstruowane dworki szlacheckie, karczmy, może podjąć się także budowy średniowiecznego zamku w Polsce i okolicy.
Zniknięcie lampy
Coraz więcej gości odwiedzało Kiermusy, Andrzej Żamojda zdecydował się więc na budowę pięciu małych domków – czworaków, którym nadał nazwy ginących zawodów (rybak, cieśla, tkacz etc.). Zostały zaprojektowane zgodnie z architekturą Podlasia.
Wspomina: – Jasne, że najlepiej byłoby rozbudować dwór albo postawić nowy obok. Ale to byłoby wbrew tradycjom szlacheckim, które zezwalały jedynie na dostawianie oficyny obok istniejącego dworu. Ten musiał pozostać jedyny. Czasem dawało to kuriozalny efekt, gdy oficyny stawały się większe od dworu. Chciałem tego uniknąć.
Wszystkie pokoje w czworakach miały być wyposażone w oryginalne sprzęty.
Andrzej Żamojda: – Brakowało nam staroci, więc żeby nie jeździć po Polsce ciężarówką, dziesięć lat temu zorganizowałem jarmark staroci w Kiermusach. Przypadkiem rozrósł się do największego w kraju.
Kupował od chłopów stare meble, od Białorusinów i Ukraińców skupował tradycyjne stroje. Wszedł też w kontakt z Cepelią, która likwidowała oddział wzornictwa, i kupił hurtem przedwojenne ludowe ubrania. Wyprane i wykrochmalone zdobią teraz ściany karczmy i czworaków.
Chociaż pokoje, korytarze, łazienki i karczma pełne są oryginalnych drobiazgów, rzadko się zdarza, żeby goście zabierali z sobą coś “na pamiątkę”. Największym przedmiotem, który został skradziony, była miedziana, 30-kilogramowa lampa stojąca w jednym z pokojów.
Znikają czasem kożuchy, które służą zimą gościom podczas kuligów, niepełna jest też kolekcja kopii strojów szlacheckich. Ostatnio goście upodobali sobie nowe, żakardowe poduszki, które niedawno trafiły do pokoi. Nie ma już prawie żadnych. Ale Żamojdowie twierdzą, że i tak nie jest źle.
Basen dworski, czyli rzymska tradycja
Wie, jak przyciągnąć i przywiązać do siebie gości. Dla sławnych stworzył Aleję Dębów. Swoje drzewo ma tam już między innymi profesor Zbigniew Religa, Jerzy Hoffmann, Allan Starski, Kazimierz Górski. Na początku września, w uroczystości wkopania własnego dębu, uczestniczył Adam Małysz.
Dla gości, którzy lubią się kąpać w wakacje, zbudował basen w drewnianym budynku. Kiedy pytam, czy to zgodne ze szlachecką tradycją, odpowiada, że w tym wypadku nawiązał do tradycji starożytnych Rzymian, do których sarmaci uwielbiali się odwoływać.
Dla dzieci gości stworzył małe zoo, gdzie trzyma zwierzęta. Ozdobą jego hodowli są żubry – żeby je sprowadzić, musiał zyskać specjalne pozwolenie, przejść szkolenie, ponad sześć hektarów ziemi otoczyć specjalnym ogrodzeniem.
Mówi: – Dwieście lat temu w okolicznych lasach żubry żyły na wolności. Postanowiłem je tu sprowadzić z powrotem. Pierwszy samiec przyjechał w 2008 roku. W sumie mamy już pięć żubrów. Niedawno w Kiermusach urodził się mały żuberek, jego imię wymyśli ojciec chrzestny Adam Małysz.
Żubry były finansowym strzałem w dziesiątkę. Sprzedaż biletów do hodowli daje kilkanaście tysięcy złotych rocznie, wystarcza więc nie tylko na siano dla tych zwierząt, ale jeszcze na ogrzanie czworaków zimą.
Żamojda hoduje także owce wrzosówki i kozy, przy dworku mieszkają osły. Dziedziniec przed karczmą opanowały dwa psy – Ewka i Malinowska.
Ale potrafi się dzielić z gośćmi, których nie byłoby stać na zamieszkanie w dworze lub czworakach. Od dziesięciu lat, raz w roku, w Ostoi goszczą dzieci z domu dziecka w Krasnem koło Zabudowa i ze Stowarzyszenia Pomocy Rodzinie “Droga”.
Żamojda: – Zwołujemy wtedy znajomych, kto co umie, tym się z dzieciakami dzieli. Aktor uczy dramatu, malarka prowadzi warsztaty, dzieci karmią zwierzęta, uczą się historii, odpoczywają, zwiedzają.
400 obiadów w niedzielę
Ostoya Żubra i Tradycji Szlacheckiej to duże przedsiębiorstwo rozłożone na 16 hektarach. Żamojdowie zatrudniają około 20 ludzi, większość z Tykocina i okolicznych wsi. Mają ochmistrzynię, ochmistrza i szefa kuchni, kelnerów (syn Żamojdów Radosław, który na co dzień pracuje w biurze firmy, w razie potrzeby jest u nich też kelnerem – w niedziele wydają 400 obiadów), ludzi do opieki nad zwierzętami. Pięć osób jest zatrudnionych do sprzątania, są specjalni ludzie do opieki nad zwierzętami, Żamojda ma swoje biuro w Białymstoku, gdzie też zatrudnia pracowników.
Wiesława Żamojda mówi: – Jeszcze dwa lata temu ludzie pchali się do pracy. A teraz kelnerów trzeba szukać ze świecą w ręku. Młodzi chcieliby pracować tylko w weekendy, najlepiej tylko w wakacje i za wygórowane stawki.
Kiermusy słyną ze smalcu, słoniny i kiełbasy robionych na miejscu. Od lat produkują własny alkohol – Kiermusiankę.
Andrzej Żamojda: – Mój dziadek Andrzej żył 102 lata. Zbierał zioła i robił nalewki – żurawinówki, chrzanówki i inne. Nauczył mnie tego. Opatentowałem przepisy i zleciłem produkcję Kiermusianki Polmosowi. Można ją było kupić w całej Polsce. Teraz przeniosłem produkcję do nowego, mniejszego zakładu z tradycjami. Będą nowe smaki, wódka leżakowana, nazwę zmieniam na Kiermusówka.
Nie naśladuj mnie
Andrzej Żamojda obwozi mnie po swoich włościach, a ja się dziwię jego opowieściom: – Brzmi to trochę jak bajka. Wygląda na to, że wystarczy kupić dworek, ziemię, coś dobudować i już całe życie tylko zarabiać pieniądze.
Śmieje się: – I przez dziesięć lat nie wychodzić z pracy. Nie mamy dni wolnych i świąt. Kiermusy nie działają tylko w Wigilię. A już następnego dnia startują przygotowania do sylwestra. Na urlop dwutygodniowy pozwalamy sobie z żoną raz w roku, jeździmy do Toskanii zregenerować siły.
Sukces odnieśliśmy chyba dlatego, że byliśmy w Polsce pierwsi z dworkiem, karczmą, tradycją szlachecką, z detalem sarmackim, nawet słownictwem XVII-wiecznym. Po nas powstało z dziesięć dworków, piętnaście karczm. Był czas, gdy bez przerwy ktoś zgłaszał się do mnie po poradę, jak otworzyć taki biznes.
A ja każdemu mówiłem to samo: “Nie naśladuj mnie, wymyśl coś swojego, co pasuje do twojej okolicy. Być kimś to tworzyć, nie odtwarzać. Bądź spójny stylistycznie, nie rób z zewnątrz dworu, a w środku pałacu. Nie stawiaj karczmy, w której będzie sałatka z fetą. Wszystko, co robisz, musi mieć duszę”.
Pytam: – I żadnej porażki przez te lata? Nieudanego pomysłu? Kosztownej budowy, która by się nie zwróciła?
Odpowiada: – Jakoś nie. Może dlatego, że nie buduję z kredytów, tylko inwestuję własne, zarobione pieniądze? A może dlatego, że jestem tutaj szczęśliwy? W Kiermusach spełniam swoje marzenia. Czuję się jak szlachetnie urodzony w dawnych czasach – co wymyślę, to mam.
Kryzys dopadł Ostoyę w 2008 roku, kiedy firmom obcięto budżety i przestały organizować wystawne wyjazdy integracyjne dla pracowników lub imprezy dla klientów, co przynosiło główne dochody. Kiermusom pozostali wierni goście indywidualni.
Andrzej Żamojda: – Do tamtej pory, szczerze mówiąc, nie liczyliśmy się aż tak bardzo z kosztami utrzymania. Karczmę ogrzewaliśmy elektrycznością, ludzi zatrudnialiśmy na etatach, pracownicy mieli do dyspozycji samochody.
Nagle musiałem przysiąść nad rachunkami w ołówkiem w ręku. Przeszedłem na tańsze ogrzewanie, zmieniłem sposób zarządzania ludźmi – teraz poza stałą ekipą pracownicy są na umowach-zleceniach. Stałem się bardziej gospodarny.
Doceniłem też internet jako sposób kontaktu z klientem. Kryzys obciął nam część dochodów, ale ponieważ ja obciąłem koszty o tyle samo, przeszliśmy przez niego w miarę bezboleśnie. A teraz widzę, że kryzys się kończy. Kalendarz wypełniają nam wesela, widzę, że imprez firmowych zaczyna przybywać. Myślę, że za rok wrócą dobre czasy.

